W pętli strachu, czyli kiedy warto odpuścić ?

5_article_553dc67e826e3_article_v3

Źródło zdjęcia

Kwestię wpływu psychiki na trening poruszano już wiele razy, podobnie zresztą jak każdą inną kwestię dotyczącą treningu – ale nie zaszkodzi zebrać to troszkę do kupy i spróbować poukładać.

Niezależnie od naszych predyspozycji genetycznych, treningu i diety – zawsze w końcu nadchodzi taki moment, w którym sami sobie podstawiamy nogę w naszym wyścigu za formą.

Pamiętajmy, że nawet najmocniejszy łańcuch jest tylko tak mocny – jak jego najsłabsze ogniwo, możemy więc być pewni, że i nasza “moc” może w każdej chwili prysnąć jak bańka mydlana, gdy puści takie nasze “słabe ogniwo”.

  • Często takim słabym ogniwem jest właśnie nasz łeb – czyli psychika.

Jest to art raczej dla bardziej zaawansowanych, ponieważ obawy i blokady rosną w miarę postępów. Niemniej jednak może to dopaść każdego z nas – i to bądźcie pewni, że zawsze dopadnie w najmniej spodziewanym momencie.

    Typowe przykłady sytuacji blokujących:
  • 1) Dawna kontuzja.

Kiedyś, wiele lat temu coś chrupło, na przykład w krzyżu przy martwym ciągu. Po kilku dniach generalnie przeszło, ale strach pozostał. Zawsze jak zbliżamy się do tych przykładowo, magicznych 200 w martwym – zaczynamy wymiękać. Owszem, 180 kilo to nie problem, 190 też. Ja kiedyś mogłem zrobić kilka serii po 8 powtórzeń w martwym ciągu na 190kg – a 200 nie mogłem oderwać od ziemi. Powód – obawa przed tym “co się może stać”. W głowie ciągle kłębiło się, że “coś się może stać”, bo “to już spory ciężar” i że “lepiej ostrożnie”. W wyniku tego organizm nie dawał z siebie maksa tylko podnosił “tak, żeby nie podnieść”. Tak na wszelki wypadek…

    2) Strach przed ciężarem

W miarę upływu czasu robimy się coraz silniejsi, zakładamy coraz więcej, podnosimy i… w pewnym momencie zdajemy sobie sprawę z tego ile musimy podnieść. Od tego momentu na samą myśl, że mamy na plecach 200kg, albo że trzymamy nad głową 150kg – robi nam się nieswojo. Podczas wyciskania w leżeniu mamy wrażenie, że trzymamy w łapach kiosk ruchu, podczas przysiadu mamy wrażenie, że przygniótł nas budynek a podczas martwego ciągu czujemy się tak, jakbyśmy mieli wydobyć z morza wrak Titanica. Zamiast koncentrować się na ćwiczeniu – koncentrujemy się na strachu i walce z naszymi obawami. Zamiast skupiać się na tym jak zrobić trening “dobrze” – zbieramy wszystkie siły po to by go zrobić w ogóle.

    3) Strach przed spadkiem

Ćwiczymy ciężko, idzie super, rośnie waga, rosną wymiary, super. Cieszymy się, dokładamy, planujemy jaką to świetną formę uda nam się zrobić… dopóki nie obejrzymy się za siebie… Przypomina to sytuacje wspinaczką. Pniemy się do góry bezproblemowo, dopóki nie spojrzymy w dół. Wtedy zaczyna się strach “o w mordę, ale wysoko wlazłem, jakbym teraz spadł…”. Przeskakuje nam jakaś klapka i zaczynamy się panicznie bać, że stracimy to, co wypracowaliśmy z takim trudem. Jeśli doszliśmy do 8 powtórzeń na 120 na ławce, to już w przeddzień klatki zaczynamy drżeć z obawy, że może nam nie pójść i że w końcu przyjdzie taki dzień, w którym zrobimy tylko 7. Tragedia gotowa. Zaczynamy się spalać psychicznie już przed treningiem, zaczynamy się blokować i spalać psychicznie, w końcu gdy mamy słabszy dzień – zaczynamy kombinować, żeby tylko “było” te 8 powtórzeń. Gdy braknie siły zaczynamy robić mosty i inne cuda. Zaczyna się odbijanie od klatki, zaczynają się szybsze ruchy, dłuższe przerwy. Po kilku miesiącach siła i tak na m spadnie z powodu coraz gorszego pobudzenia klatki i wtedy jest rozpacz “****a, tak zapierdalałem cały czas – a tu do dołu zamiast do góry”. Wtedy przychodzi czas koksu albo depresji.

  • Jak z tym walczyć?

Nie przedstawię tu gotowej terapii antylękowej, bo to kwestia indywidualna. Spróbuję jednak pokazać co można zrobić, by zminimalizować minusy spowodowane błędami w podejściu do tematu.

    1) Nie robić z siłowni kaplicy, do każdego tematu trzeba podejść z dystansem i pewną dozą humoru.

Przychodzi na siłownię kilku nowych. Próbują ile wycisną – nie mogą podnieść, śmieją się. My się im przyglądamy i się dziwimy – jak można się śmiać z tego, że nie można czegoś podnieść ? Przecież my na ich miejscu gotowi bylibyśmy się powiesić w takiej sytuacji.

Może to właśnie jest zdrowe podejście – śmiać się z tego. Następnym razem będzie lepiej. Nam też czasem wolno mieć goszy dzień. Zamiast się cieszyć, że w ogóle zrobiliśmy trening mimo słabszego dnia – mamy 3 dni analizować swoją rzekomą “porażkę” i opłakiwać “utracone” 1-2 powtórzenia ?

    2) Nie skupiać się na fałszywych celach.

Musimy zrozumieć, że nie każda bitwa musi być wygrana by wygrać wojnę. Czasem porażki będą – bo być muszą. Dlatego trzeba się skupiać na tym, co można zrobić, czyli na tym, żeby “dobrze zrobić trening”. Jeżeli zrobimy trening dokładniej, jeżeli lepiej napniemy mięśnie – to siła spadnie, bo spaść musi. Czy to powód do rozpaczy ? Przecież trening był lepszy niż do tej pory. Jeżeli skupimy się na określonym, zbyt konkretnym celu – to możemy stać się jego niewolnikiem.

Pamiętajcie, że żeby przeskoczyć większą dziurę – musimy się czasem cofnąć, choćby po to żeby wziąć rozbieg.

    3) Dokonywać oceny długoterminowej

Nie ma sensu ważenie się po kilka razy dziennie lub przeglądanie w lustrze co 10 minut ( sam tak miewam)
jednego dnia musi być gorzej by drugiego mogło być lepiej. Jak już pisał Don Garcia, sprawdzać się okresowo – na przykład co tydzień. Obwody mierzyć też wystarczy co miesiąc. Pomiary co godzinę są zbędne, no chyba, że byliśmy na wycieczce w Czernobylu .

    4) Nie wszędzie i nie zawsze musimy bić rekordy.

Jedziemy autobusem. Oczywiście ilekroć zauważymy kogoś większego – natychmiast porównujemy się z nim. W przypadku gdy uznamy, że może być lepszy od nas – już mamy dzień zepsuty .

Ilekroć znajomi n.p. siłują się i zapraszają nas do zabawy – traktujemy to ze śmiertelną powagą i robimy wszystko by nie ponieść porażki. Mało kto potrafiłby dać się pokonać w żartach, żeby na przykład sprawić komuś przyjemność. Ja sam nie wiem czy dałbym radę. Bałbym się porażki, w oczach znajomych, w swoich własnych oczach… Głupie, ale jakże prawdziwe…

Tymczasem nie każda sytuacja w życiu lub na siłowni musi być biciem rekordu, nie zawsze musimy się porównywać z innym lub z samym sobą. Jeżeli przegramy ze sobą, z kimś lub z czymś – to nie oznacza, że jesteśmy totalnie do dupy i wszystko na nic. Czas wrzucić na luz i nasze siły zachować na trening – zamiast na porównywanie się z każdym i zawsze.

Dodatkowo czasem warto się wyciszyć i skorzystać z różnych form medytacji. Niektózy się z tego śmieją – ale nie da się zbudować potężnego ciała ze słabą głową. Podobnie jak potężny czołg musi mieć potężny silnik.

autor; Krzych666

Dodatkowe materiały, zdjęcia i komentarze forumowiczów do artykułu znajdziesz na forum klikając TUTAJ

Udostępnij znajomym

3 thoughts on “W pętli strachu, czyli kiedy warto odpuścić ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *